Kłucie innych nie wyleczy Cię z kompleksów!

Kolejny problem obnażania swoich słabości. Ostatnio ktoś wykorzystał przeciwko mnie wiedzę na bardzo drażliwy dla mnie temat. To coś, co ukrywam przed ludźmi, a zapytana w towarzystwie uśmiecham się i czerwienię ze zdenerwowania jednocześnie.

Jak funkcjonuje człowiek, który świadomie wbija Ci taką szpileczkę i dokręca żeby bardziej bolało?

Zdałam sobie sprawę, że taka osoba ma większe kompleksy niż ja sama! To dlatego atakuje moje czułe punkty! Wydaje jej się, że tym sposobem poprawi sobie samopoczucie.

Jestem mocno ciekawa czy poskutkowało…

Ja za to od kilku dni rozmyślam o nieprzyjemnej sytuacji i tylko coraz gorzej myślę o swoim „oprawcy”. Czy mam prawdo mieć do niego żal? Oczywiście! Czy powinnam unikać kontaktów z nim? Możliwe. Chcę zadbać o swój komfort i nie potrzebuję takiego otoczenia, więc… Wniosek nasuwa się sam.

Ślepo i mocno wierzę, że warto być dobrym. Mimo wszystko. Warto być autentycznym i życzliwym. To nie tak, że nadstawiam drugi policzek. Ja po prostu chcę sobie zaoszczędzić nieprzyjemnej dyskusji, albo wręcz kłótni. Robię to dla swojego dobra, komfortu i spokoju. Nie dlatego, że się boję, albo brak mi odwagi.

To prawda, że słowa bolą. Jednak śmiem twierdzić, że nie mogą złamać siły mojego charakteru.

Innymi słowy, jeśli wolicie prościej – nie zniżam się do tego poziomu.

Pomnażajmy dobro, bądźmy życzliwi. Wierzę, że to do nas wraca.

Prędzej czy później.

Empatyzujmy, troszczmy się o innych, ale też o siebie.

Świat potrzebuje dobrej energii, a życie już wystarczająco potrafi dopiec. 

Gotowość do okazania słabości wymaga wielkiej siły

Żyjemy w świecie paradoksów, pozorów i złudnych wrażeń. Czy to nie zastanawiające, że tylko człowiek potrafi tak dobrze udawać kogoś kim nie jest? Cała natura wydaje się pogodzona ze sobą, ze stanem faktycznym.

Tylko co do ludzi można mieć wątpliwości. Czy zawsze to co pokazują jest prawdziwe? W końcu ile razy słyszało się o komiku zmagającym się z depresją, modelce z kompleksami, albo nieszczęśliwym milionerze. Nikt by ich nigdy nie podejrzewał o takie problemy.

A jednak.

Jak to jest, że w ferworze rozwoju krajów i społeczeństw daliśmy się namówić do odgrywania ról? Jasne, że chcielibyśmy zbudować sobie tu na ziemi raj, ale czy na pewno tędy prowadzi droga?

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że dziś gotujemy tu sobie raczej piekło.

Nigdy nie używaj metafory, porównania lub innego określenia, które często widujesz w druku – George Orwell

Jeśli coś jest wyświechtanym frazesem lub tandetnym obrazkiem, to pod żadnym pozorem się nim nie posługujmy, radzi pisarz. A jednak daliśmy sobie wmówić, że istnieje skończona liczba życiowych scenariuszy, a każdy z nich da się wpisać w szablon. Świat widzimy schematami i wciąż pełno w nas wytartych motywów. Jakim cudem zużyte słowa i wzorce zyskują na sile zamiast słabnąć w przekazie?

Uważamy, że mając pieniądze musimy wyglądać na szczęśliwych, a małżeństwa bez dzieci są nieszczęśliwe. Oceniamy po pozorach i istnieją tylko dwa wyjścia – zazdrościmy lub współczujemy.

Zdarzają się oczywiście jednostki buntujące się przeciwko tym społecznym konwenansom i singielki obnoszą się swoją beztroską i życiem bez męża, za to pełnym zawodowych sukcesów.

Nadal jednak poruszamy się między dwoma punktami. Nadal skupiamy się na czarnym i białym, a szarości nie dostrzegamy.  Wszystko musi budzić wielkie emocje, reszta jest poza naszym polem widzenia. Dlaczego nie istnieje w ogólnym obiegu obraz feministki – żony i matki? Dlaczego widzimy tylko krzyczącą zgraję bab ze sztandarami, albo stłamszoną kurę domową przy garach? Gdzie podziała się cała skala przypadków nieskrajnych?

Dlaczego tak trudno przyznać się do problemów, słabości czy odmiennych poglądów?

Jak to jest, że powodem do wstydu stało się zwyczajne życie bez fajerwerków?

Czy w dobie wyretuszowanych zdjęć i instagramowych pozorów naprawdę trzeba sobie dorobić trochę szczęścia i poudawać przed innymi?

Życie między idealnymi sąsiadami i znajomymi może być trudne i frustrujące. Oczywiście pod warunkiem, że uwierzy się temu obrazkowi i swojemu zazdrosnemu ego.

W efekcie wszyscy czujemy się gorzej. Jesteśmy psychicznie osłabieni wszechobecnym „życiem beztroskim i na bogato”, które prowadzą inni.

Ale nie my.

My zamknięci w czterech ścianach, leżąc w łóżku czytamy o imprezujących, pełnych energii wiecznie młodych ludziach, którym kasa spada z nieba, a wakacje same się organizują.

Trudno nie ulec pokusie by choć na zewnątrz upodobnić się do tych „ludzi sukcesu”. Dla własnego dobra lepiej jednak odstawić wirtualny świat, a na realny patrzeć trzeźwym wzrokiem.

Rozmawianie o problemach również może pomóc w ich przeżywaniu. Zdaje się, że okazywanie słabości i konfrontowanie się „prawdziwą twarzą” ze światem wymaga siły, ale nie osłabia. Przeciwnie – wspiera nasze zdrowie psychiczne i z pewnością zjedna nam ludzi.

W końcu, kto lubi słuchać przechwałek i patrzeć na twarze bez skazy?

Niezbędna fanaberia – jestem dla siebie wyrozumiała

Nie lubię się tłumaczyć ze swoich dziwactw. Głównie dlatego, że zazwyczaj sama sobie nie zdaję z nich sprawy. Pech chce, że mam ich sporo. A może dokładnie tyle co inni? Nie wiem.

Od siedemnastu lat tłumaczę rodzinie i znajomym, że jestem wegetarianką. A właściwie pescowegetarianką. Kiedy jestem sama jest to dla mnie sprawa tak oczywista, że nawet o niej nie myślę. W przeciwieństwie do niektórych nie miewam ochoty na schabowego albo kawałek szyneczki. Nie kupuję produktów, które mięso udają – sojowych kiełbasek, wędlin. Nie lubię ich. I nie lubię mięsa. Nie, nie jestem nawiedzoną wege–dziwaczką, za którą mnie być może biorą. Po prostu nie lubię jeść mięsa. Dokładnie tak jak inni nie lubią jajek, krewetek czy bakłażana.

Dużo tłumaczenia, nie? Zazwyczaj starcza na dość długą dyskusję. I nie kończy się na jednym razie.

Ale idźmy dalej.

Jestem introwertykiem. Lubię przebywać w swoim własnym towarzystwie (zazwyczaj) i samotność nie jest dla mnie problemem (też zazwyczaj). Życie wśród ludzi zmusza mnie jednak do kompromisów i czasem nie mam na samotność warunków. Wspólny wyjazd albo odwiedziny u rodziny wyprowadzają mnie z równowagi. W ekstremalnych wypadkach natłok informacji i zainteresowanie moją osobą kończy się bardzo złym samopoczuciem, a czasem płaczem. Zapewne trudno to pojąć. Albo to, że lubię posiedzieć w domu. Czasem cały dzień, a czasem tydzień. Brak towarzystwa doskwiera mi rzadko, a nadmiar grozi wewnętrzną erupcją. I nie jest tak, że jestem odrzutkiem, pustelnikiem czy snobem. Lubię ludzi, nie lubię za to skupiać na sobie za dużo uwagi. To wszystko.

Niby nic, a potrafi namieszać.

To tylko niektóre z moich niezbędnych fanaberii bo takim ładnym określeniem bym je nazwała. Oczywiście, że są wymysłem odstającym od średniej, od przeciętnego człowieka. Ale czy taki w ogóle istnieje? Gdzie ten szary Kowalski, któremu nic nie przeszkadza, lubi wszystko i nie ma potrzeb? Bo ja zawsze tak go sobie wyobrażałam.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pewnie nie istnieje. A jeśli jednak gdzieś jest, to musi być strasznie nieszczęśliwy. Czy to normalne by być tak zwyczajnym? Czy to nie zachowywanie pozorów? Może Kowalski udaje tylko, że lubi fasolkę szparagową żeby nie odstawać od reszty i nie wyjść na dziwaka? Dlaczego wstydzi się swojego zdania?

Sama walczę z poczuciem wstydu powodowanym przez inność, ale czasem mnie jeszcze dopada. Głupio mi iść na pizzę ze znajomymi bo będę musiała „grymasić” i prosić o wegetariańską. „Nikt nie lubi z tobą zamawiać pizzy. Psujesz zabawę.” – odzywa się mój wewnętrzny krytyk. Staram się go słuchać coraz rzadziej, a moja riposta brzmi „Są tacy, którym to nie przeszkadza. I tylko z nimi chcę być!” 

Tym, którzy są głusi na moje potrzeby mówię „pa”.

Bez sentymentów.

Szanuję siebie.

Jestem równie ważna co inni.

A to są moje niezbędne fanaberie. Bez nich nie byłabym już sobą.