Niezbędna fanaberia – jestem dla siebie wyrozumiała

Nie lubię się tłumaczyć ze swoich dziwactw. Głównie dlatego, że zazwyczaj sama sobie nie zdaję z nich sprawy. Pech chce, że mam ich sporo. A może dokładnie tyle co inni? Nie wiem.

Od siedemnastu lat tłumaczę rodzinie i znajomym, że jestem wegetarianką. A właściwie pescowegetarianką. Kiedy jestem sama jest to dla mnie sprawa tak oczywista, że nawet o niej nie myślę. W przeciwieństwie do niektórych nie miewam ochoty na schabowego albo kawałek szyneczki. Nie kupuję produktów, które mięso udają – sojowych kiełbasek, wędlin. Nie lubię ich. I nie lubię mięsa. Nie, nie jestem nawiedzoną wege–dziwaczką, za którą mnie być może biorą. Po prostu nie lubię jeść mięsa. Dokładnie tak jak inni nie lubią jajek, krewetek czy bakłażana.

Dużo tłumaczenia, nie? Zazwyczaj starcza na dość długą dyskusję. I nie kończy się na jednym razie.

Ale idźmy dalej.

Jestem introwertykiem. Lubię przebywać w swoim własnym towarzystwie (zazwyczaj) i samotność nie jest dla mnie problemem (też zazwyczaj). Życie wśród ludzi zmusza mnie jednak do kompromisów i czasem nie mam na samotność warunków. Wspólny wyjazd albo odwiedziny u rodziny wyprowadzają mnie z równowagi. W ekstremalnych wypadkach natłok informacji i zainteresowanie moją osobą kończy się bardzo złym samopoczuciem, a czasem płaczem. Zapewne trudno to pojąć. Albo to, że lubię posiedzieć w domu. Czasem cały dzień, a czasem tydzień. Brak towarzystwa doskwiera mi rzadko, a nadmiar grozi wewnętrzną erupcją. I nie jest tak, że jestem odrzutkiem, pustelnikiem czy snobem. Lubię ludzi, nie lubię za to skupiać na sobie za dużo uwagi. To wszystko.

Niby nic, a potrafi namieszać.

To tylko niektóre z moich niezbędnych fanaberii bo takim ładnym określeniem bym je nazwała. Oczywiście, że są wymysłem odstającym od średniej, od przeciętnego człowieka. Ale czy taki w ogóle istnieje? Gdzie ten szary Kowalski, któremu nic nie przeszkadza, lubi wszystko i nie ma potrzeb? Bo ja zawsze tak go sobie wyobrażałam.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pewnie nie istnieje. A jeśli jednak gdzieś jest, to musi być strasznie nieszczęśliwy. Czy to normalne by być tak zwyczajnym? Czy to nie zachowywanie pozorów? Może Kowalski udaje tylko, że lubi fasolkę szparagową żeby nie odstawać od reszty i nie wyjść na dziwaka? Dlaczego wstydzi się swojego zdania?

Sama walczę z poczuciem wstydu powodowanym przez inność, ale czasem mnie jeszcze dopada. Głupio mi iść na pizzę ze znajomymi bo będę musiała „grymasić” i prosić o wegetariańską. „Nikt nie lubi z tobą zamawiać pizzy. Psujesz zabawę.” – odzywa się mój wewnętrzny krytyk. Staram się go słuchać coraz rzadziej, a moja riposta brzmi „Są tacy, którym to nie przeszkadza. I tylko z nimi chcę być!” 

Tym, którzy są głusi na moje potrzeby mówię „pa”.

Bez sentymentów.

Szanuję siebie.

Jestem równie ważna co inni.

A to są moje niezbędne fanaberie. Bez nich nie byłabym już sobą.

„Dobre wrażenie i rozwój się wykluczają”– przejrzyj na oczy

Co więcej dobre wrażenie to rzecz bardzo subiektywna.

Każdy z nas ma potrzebę bycia akceptowanym i lubianym. Nie ma siły żeby tę potrzebę przeskoczyć. Bywa nawet, że staramy się koniecznie komuś zaimponować by nas polubił. Z rozgoryczeniem przyjmujemy informację, że ktoś inny za nami nie przepada. No bo jak to? Ja się tak staram, jak może mnie nie lubić?

Podobnie sytuacja się ma kiedy kreujemy swój wizerunek, czy to zawodowy czy prywatny, staramy się sprawiać ogólnie dobre wrażenie. Otaczamy się pięknymi przedmiotami, dbamy o mieszkanie i kupujemy pachnące nowością auta. Wszystko po to, by sprostać pewnym wymogom, żyć na poziomie i przyciągać do siebie ciekawych ludzi.

Jako nastolatka marzyłam by zostać bizneswoman albo prawniczką i biegać od spotkania do spotkania w garsonce i na wysokich obcasach. Długo widziałam w wyobraźni taką wersję dorosłej siebie. Była dla mnie oznaką poziomu, statusu społecznego. Zdawało mi się, że będę z siebie w takiej formie zadowolona, bo przecież od razu widać, że odniosłam sukces. Wszystko o tym świadczyło – praca, ubranie, priorytety, zapewne też mieszkanie i samochód. To był dla mnie synonim szczęścia.

Nie wiem kiedy zdałam sobie sprawę, że tej mnie nigdy nie będzie. Nie ma prawa być. Bo ani nie nadaję się specjalnie do biznesu, ani nie poszłam na studia prawnicze. Więc jak niby miałoby do tego dojść?

Po studiach rozpoczęłam pracę w biurze, która wydawała się być odpowiednim kompromisem. Tak, kompromisem. To słowo już wtedy powinno mnie zaniepokoić. Dość szybko okazało się, że taka praca jest czymś innym niż sobie wyobrażałam. Byłam sfrustrowana, niedoceniona, miałam ręce pełne roboty i mocno mgliste szanse na rozwój czy podwyżkę.

Na chwilę pogodziłam się z przekonaniem, że każda praca ma swoje wady i tak już po prostu musi być. Praca biurowa to w końcu coś, o co dzisiejsze społeczeństwo dałoby się pokroić. W większości. Zatem plusem mojej sytuacji był status, który jak mi się zdawało taka praca zapewniała.

Trwałam w tym błogim niezadowoleniu do czasu, kiedy usłyszałam z ust niedawno poznanej osoby kłujące słowa „w pracy to ty się przecież opieprzasz i tylko kawki pijesz”. Zabolało. Głównie dlatego, że nie było w tym ani ziarnka prawdy. Nie odpowiedziałam.

Jakiś czas później uznałam, że taka uwaga była mi chyba nawet potrzebna. Zdałam sobie sprawę, że wcale mi na opinii tej osoby nie zależy. To zupełnie nieważne co myślą ludzie, którzy mnie nie znają. W takim razie komu ja chcę zaimponować? Czemu tkwię w miejscu, które nie daje mi absolutnie nic poza frustracją? Bo zdawało mi się, że dobrze to wygląda z zewnątrz? Czy nie czas pójść drogą, która mnie uszczęśliwi?

Tak, im szybciej tym lepiej.

Prawda jest taka, że nie ważne czy jesteś urzędnikiem, lekarzem, listonoszem czy budowlańcem i tak znajdzie się ktoś, kto oceni cię pochopnie, nietrafnie i przy tym skrzywdzi złym słowem. Skoro nie dogodzisz wszystkim, zacznij bez względu na pozory dbać o siebie. Co komu do tego, że twój pomysł na życie jest nietypowy? Zrealizuj go i bądź zadowolony z siebie. Próba zadowolenia innych zawsze kończy się fatalnie.

Rozwijaj się zamiast tworzyć pozory.

Żyj, zamiast sprawiać wrażenie, że żyjesz.

Efekty przyjdą niebawem i przerosną twoje oczekiwania.