„Dzień ostatnich szans” Robyn Schneider – recenzja

Ciągnie mnie do książek, to fakt. Ostatnio szczególnie do takich, które długo kiełkowały w duszy autora. Z jednego małego ziarenka, jednej prostej sytuacji, czasem przez wiele lat. Biorę rozbieg czytając o historii powstawania dzieła, którego nawet jeszcze nie miałam w ręce. I rozkoszuję się. Imponuje mi trud włożony w powstanie książki, ciąg wydarzeń prowadzący do powstania tekstu, małe szczegóły mające wpływ na ostateczny jego kształt.

„Dzień ostatnich szans” autorstwa Robyn Schneider był właśnie jedną z takich pozycji. Książka spodobała mi się jeszcze zanim kurier przyniósł ją pod moje drzwi. Miałam nadzieję, że się nie zawiodę bo z tymi czytelniczymi zauroczeniami to też różnie bywa. Na szczęście tym razem zaskoczyło.

Książka opowiada o spotkaniu dwojga nastolatków chorych na gruźlicę, a właściwie hipergruźlicę, którą autorka wymyśliła na potrzeby powieści. Lane i Sadie przebywają w specjalnym ośrodku. Mieszkają tam i kontynuują naukę wśród innych chorych nastolatków. Są pod stałym nadzorem lekarzy i pielęgniarek i starają się nie zauważać postępującej choroby. Sadie i jej paczka mają mnóstwo szalonych pomysłów, które w tym celu realizują. Dzięki temu czują się bardziej zwyczajni, prawie zdrowi, zupełnie jakby przebywali w zwykłej szkole z internatem, a nie ośrodku, w którym się umiera. Uczucie Lane’a i Sadie rozkwita mimo wszystko. Mimo niesprzyjających warunków, wszechobecnej choroby i czarnych myśli, które czasem ciężko przegonić. Spędzają razem większość czasu, ciesząc się chwilą obecną. Kiedy choroba się zaostrza wystawia ich miłość na próbę.

To piękna historia. Smutna i radosna zarazem. Dająca nadzieję i wskazująca co naprawdę się liczy. Lane’a i Sadie czeka mnóstwo pięknych, ale i trudnych chwil. Bohaterowie są bardzo realistyczni, spójni, pełni życia, naprawdę trójwymiarowi. Mimo różnych charakterów wszyscy dają się lubić. Właściwie można się z nimi nawet zaprzyjaźnić (zapaleni czytelnicy wiedzą o czym mówię). Wierzę, że mogliby istnieć naprawdę. 

W kwestiach technicznych – język, którym posługuje się autorka jest przystępny i pełny życia, a z doświadczenia wiem, że dialogi powieściowych nastolatków wcale nie zawsze są tak udane. Na szczęście brak tu miejsca na sztuczne, zgrzytające kwestie bohaterów i sztywne, pompatyczne wyznania i przemyślenia. Wydarzenia płyną wartkim prądem, a wraz z nimi żywe dialogi bohaterów. W tej historii ze śmiertelną chorobą w tle, brak miejsca na przesadę. 

Czytanie uprzyjemniają niezwykłe zwroty akcji. Ciąg zdarzeń prowadzący do finału tej historii zdaje się w pewnym momencie rozchodzić. Bohaterowie dokonują wyborów, których konsekwencje dają o sobie znać dużo później, wtedy kiedy już wydaje się, że były nieszkodliwe. 

Książka daje radość, wzruszenie, nadzieję i pocieszenie. Przeczytałam ją jednym tchem i chętnie będę ją polecać. Bo warto znów odnaleźć nadzieję i dostrzec to co na co dzień pozostaje ukryte.

Dzień ostatnich szans Robyn Schneider, przekład: Aga Zano, wyd. Otwarte, 2018