„Swing Time” Zadie Smith – recenzja

Swing Time to moje pierwsze spotkanie z twórczością Zadie Smith, ale już wiem, że na pewno nie ostatnie. Autorka posiada niezwykły dar – z wyjątkową wrażliwością i delikatnością porusza istotne aktualne problemy. To przykład literatury zaangażowanej, która wciąga czytelnika bez reszty, budzi refleksje i uczucia głęboko w nas ukryte.

Bezimienna główna bohaterka dorastając rozwija trudne relacje z rodzicami i przyjaciółką Tracey, które naznaczą całe jej dorosłe życie. Jest niezwykle szczera i prawdziwa. Autorce udało się bezbłędnie uchwycić emocje i uczucia towarzyszące przyjaźni między kobietami, w tym również te złe – zazdrość i zawiść. Główna bohaterka, podobnie jak Tracey, jako dziecko pragnie zostać zawodową tancerką. Jednak w porównaniu z utalentowaną przyjaciółką okazuje się zupełnie przeciętna i szybko zdaje sobie z tego sprawę. To dotyczy nie tylko tej relacji. Nasza bohaterka nie charakteryzuje się niczym wybitnym, co kontrastuje mocno z wyrazistymi i silnymi kobiecymi postaciami, które ją otaczają w tym choćby matką – działaczką polityczną i szefową Aimee – supergwiazdą pop. Jest osobą niezdecydowaną i bez inicjatywy. Pozwala by jej życiem rządził przypadek, a cudze decyzje i zachcianki rzucają ją w różne zakątki świata. Podczas gdy wszystkie ważne postaci powieści przechodzą przemianę i pokonują długą drogę do sukcesu lub upadku, ona zdaje się tkwić zawieszona w swoim bezbarwnym życiu. Definiuje ją wyłącznie praca asystentki gwiazdy, która wypełnia cały jej czas.

Swing Time Zadie Smith to wielowątkowa powieść pulsująca muzyką i tańcem. Pełna emocji i pasji opowiada o dorastaniu i powrocie do korzeni. Porusza ważne tematy różnic i podziałów, szans i zaniedbań, a także niezaprzeczalnego wpływu przeszłości na teraźniejszość. To również doskonale odmalowane tło społeczno-obyczajowe. Fabuła nie jest jedynie pretekstem do przekazania głównych idei. Przesłanie jest niewymuszone, nie narzuca się, a akcja wciąga bez reszty.

Powieść charakteryzuje się nieregularnym rytmem niczym tytułowy swing. Wydarzenia nie są przedstawione chronologicznie lecz w końcu układają się w jedną spójną całość. Akcja balansuje, zakręca. Pozorny chaos tworzą dobrze przemyślane kroki, jak w tańcu. Jest złożona przez co może sprawiać wrażenie „ciężkiej”, ale w rzeczywistości czyta się bardzo dobrze. Język jest barwny i żywy podobnie jak dialogi. 

Będę chętnie polecać Swing Time każdemu kto szuka czegoś wyjątkowego, czegoś co wymyka się wszelkim ramom. To historia, która zostanie w pamięci na długo i zainspiruje do rozmyślań. Z przyjemnością sięgnę po przyszłe książki autorki i wkrótce także pochłonę Białe Zęby, które już zagościły na mojej półce.

Swing Time Zadie Smith, wyd. Znak, 2017.

„Skradzione dziecko” Keith Donohue – recenzja

Zawsze chętnie sięgam po baśnie dla dorosłych. Wplecione w fabułę elementy fantastyczne zawsze przenoszą historię na wyższy, metafizyczny poziom. Autor dysponuje nieograniczonymi środkami i przekazuje główną ideę zapakowaną w niepowtarzalne pudełko. Czytelnik z kolei daje się ponieść, godzi się na wszystko, docenia każdy zabieg autora zamiast zastanawiać się czy to w ogóle prawdopodobne? O matko, trochę to przesadzone… Obie strony – czytelnik i autor – uwolnione od oczekiwań i kagańca realizmu dają się prowadzić fantazji. Jak tego nie lubić?

Skradzione dziecko to debiut autorstwa Keitha Donohue. To opowieść o poszukiwaniu tożsamości, sensu i straconych marzeń. Wiele jest w życiu momentów zawahania, a podjęte decyzje często mają wpływ na przyszłość. Jako dorośli nie zdajemy sobie sprawy z ogromu wspomnień, które choć uległy zatarciu nadal kryją się w zakamarkach naszego umysłu. Czy da się o nich przypomnieć? Zachować wiarę w marzenia? Czy jedna nieopatrznie podjęta decyzja naprawdę zaważy na całym życiu?

Książka stawia ważne pytania. Pomysł jest bardzo ciekawy – leśne duszki wykradają dziecko i zastępują je podmiankiem. Od tej pory skradzione dziecko żyje w lesie wraz z plemieniem nigdy się nie starzejąc, a podmianek prowadzi jego – skradzione – życie. Rozwija się, dorasta, podejmuje decyzje, buduje relacje. Każdy z nich skrywa tajemnicę i chyba żaden nie jest szczęśliwy.

Przyznam, że życie leśnych duszków należy raczej do monotonnych. Nudziły mnie nieco fragmenty o ich codzienności, o zmieniających się porach roku, o walce o przetrwanie. Miałam wrażenie, że przebywając w lesie są więźniami chłodu i dzikiej natury. Może dlatego, że powieść czytałam zimą czułam jakbym wraz z duszkami oddychała zimnym i wilgotnym leśnym powietrzem i stale czujna zakopywała się pod stosem koców by przetrwać do wiosny. Opisy są zatem bardzo sugestywne.

Technicznie książka jest dobra. Język jest przystępny, w większości naturalny. Momentami tylko ma się wrażenie, że podmianki tłumaczą już po raz enty zasady i etapy przygotowań do procesu zamiany. Zrozumiałam to za pierwszym razem i kolejne rozmowy o tym trochę mnie irytowały. A może po prostu bohater był ode mnie mniej rozgarnięty i trzeba mu to było tłumaczyć?

Narracja jest prowadzona z dwóch punktów widzenia – prawdziwego Henry’ego uprowadzonego i żyjącego w lesie oraz podmianka, który żyje od teraz jego życiem wśród ludzi. Dwóch Henrych i dwa punkty widzenia. A jednak szczególnie w drugiej połowie książki mamy wrażenie, że czytamy dwa razy to samo. Niby te same wydarzenia widziane z perspektywy dwóch różnych bohaterów, ale nie różniące się zbytnio ich odbiorem, nieumotywowane odpowiednio by mogły jeszcze ciekawić.

Dla mnie dużym minusem są urwane wątki. Przyznam, że sama miałam kilka pomysłów na dalszy rozwój opowieści. Czułam, że autor prowadzi mnie ścieżką, a ja już widzę dalszą drogę. Niestety tu się rozczarowałam. Jest w tej historii niewykorzystany potencjał, wątki, które należało kontynuować do finału. I być może dałoby to spełnienie czytelnikowi. Bez tego zakończenie trochę mnie zawiodło. Liczyłam na wielkie WOW!, a dostałam swojego rodzaju happy end, który nie zachwyca, a przesłanie całego utworu trochę blednie.

To dobry debiut i świetny sam pomysł na powieść. Należałoby jednak doszlifować formę. Natomiast, według mnie, by móc wyrobić sobie jednoznaczną opinię o twórczości autora należałoby zapoznać się z późniejszymi jego tekstami.

Skradzione dziecko Keith Donohue, wyd. Otwarte, 2008.

„Dzień ostatnich szans” Robyn Schneider – recenzja

Ciągnie mnie do książek, to fakt. Ostatnio szczególnie do takich, które długo kiełkowały w duszy autora. Z jednego małego ziarenka, jednej prostej sytuacji, czasem przez wiele lat. Biorę rozbieg czytając o historii powstawania dzieła, którego nawet jeszcze nie miałam w ręce. I rozkoszuję się. Imponuje mi trud włożony w powstanie książki, ciąg wydarzeń prowadzący do powstania tekstu, małe szczegóły mające wpływ na ostateczny jego kształt.

„Dzień ostatnich szans” autorstwa Robyn Schneider był właśnie jedną z takich pozycji. Książka spodobała mi się jeszcze zanim kurier przyniósł ją pod moje drzwi. Miałam nadzieję, że się nie zawiodę bo z tymi czytelniczymi zauroczeniami to też różnie bywa. Na szczęście tym razem zaskoczyło.

Książka opowiada o spotkaniu dwojga nastolatków chorych na gruźlicę, a właściwie hipergruźlicę, którą autorka wymyśliła na potrzeby powieści. Lane i Sadie przebywają w specjalnym ośrodku. Mieszkają tam i kontynuują naukę wśród innych chorych nastolatków. Są pod stałym nadzorem lekarzy i pielęgniarek i starają się nie zauważać postępującej choroby. Sadie i jej paczka mają mnóstwo szalonych pomysłów, które w tym celu realizują. Dzięki temu czują się bardziej zwyczajni, prawie zdrowi, zupełnie jakby przebywali w zwykłej szkole z internatem, a nie ośrodku, w którym się umiera. Uczucie Lane’a i Sadie rozkwita mimo wszystko. Mimo niesprzyjających warunków, wszechobecnej choroby i czarnych myśli, które czasem ciężko przegonić. Spędzają razem większość czasu, ciesząc się chwilą obecną. Kiedy choroba się zaostrza wystawia ich miłość na próbę.

To piękna historia. Smutna i radosna zarazem. Dająca nadzieję i wskazująca co naprawdę się liczy. Lane’a i Sadie czeka mnóstwo pięknych, ale i trudnych chwil. Bohaterowie są bardzo realistyczni, spójni, pełni życia, naprawdę trójwymiarowi. Mimo różnych charakterów wszyscy dają się lubić. Właściwie można się z nimi nawet zaprzyjaźnić (zapaleni czytelnicy wiedzą o czym mówię). Wierzę, że mogliby istnieć naprawdę. 

W kwestiach technicznych – język, którym posługuje się autorka jest przystępny i pełny życia, a z doświadczenia wiem, że dialogi powieściowych nastolatków wcale nie zawsze są tak udane. Na szczęście brak tu miejsca na sztuczne, zgrzytające kwestie bohaterów i sztywne, pompatyczne wyznania i przemyślenia. Wydarzenia płyną wartkim prądem, a wraz z nimi żywe dialogi bohaterów. W tej historii ze śmiertelną chorobą w tle, brak miejsca na przesadę. 

Czytanie uprzyjemniają niezwykłe zwroty akcji. Ciąg zdarzeń prowadzący do finału tej historii zdaje się w pewnym momencie rozchodzić. Bohaterowie dokonują wyborów, których konsekwencje dają o sobie znać dużo później, wtedy kiedy już wydaje się, że były nieszkodliwe. 

Książka daje radość, wzruszenie, nadzieję i pocieszenie. Przeczytałam ją jednym tchem i chętnie będę ją polecać. Bo warto znów odnaleźć nadzieję i dostrzec to co na co dzień pozostaje ukryte.

Dzień ostatnich szans Robyn Schneider, przekład: Aga Zano, wyd. Otwarte, 2018