„Skradzione dziecko” Keith Donohue – recenzja

Zawsze chętnie sięgam po baśnie dla dorosłych. Wplecione w fabułę elementy fantastyczne zawsze przenoszą historię na wyższy, metafizyczny poziom. Autor dysponuje nieograniczonymi środkami i przekazuje główną ideę zapakowaną w niepowtarzalne pudełko. Czytelnik z kolei daje się ponieść, godzi się na wszystko, docenia każdy zabieg autora zamiast zastanawiać się czy to w ogóle prawdopodobne? O matko, trochę to przesadzone… Obie strony – czytelnik i autor – uwolnione od oczekiwań i kagańca realizmu dają się prowadzić fantazji. Jak tego nie lubić?

Skradzione dziecko to debiut autorstwa Keitha Donohue. To opowieść o poszukiwaniu tożsamości, sensu i straconych marzeń. Wiele jest w życiu momentów zawahania, a podjęte decyzje często mają wpływ na przyszłość. Jako dorośli nie zdajemy sobie sprawy z ogromu wspomnień, które choć uległy zatarciu nadal kryją się w zakamarkach naszego umysłu. Czy da się o nich przypomnieć? Zachować wiarę w marzenia? Czy jedna nieopatrznie podjęta decyzja naprawdę zaważy na całym życiu?

Książka stawia ważne pytania. Pomysł jest bardzo ciekawy – leśne duszki wykradają dziecko i zastępują je podmiankiem. Od tej pory skradzione dziecko żyje w lesie wraz z plemieniem nigdy się nie starzejąc, a podmianek prowadzi jego – skradzione – życie. Rozwija się, dorasta, podejmuje decyzje, buduje relacje. Każdy z nich skrywa tajemnicę i chyba żaden nie jest szczęśliwy.

Przyznam, że życie leśnych duszków należy raczej do monotonnych. Nudziły mnie nieco fragmenty o ich codzienności, o zmieniających się porach roku, o walce o przetrwanie. Miałam wrażenie, że przebywając w lesie są więźniami chłodu i dzikiej natury. Może dlatego, że powieść czytałam zimą czułam jakbym wraz z duszkami oddychała zimnym i wilgotnym leśnym powietrzem i stale czujna zakopywała się pod stosem koców by przetrwać do wiosny. Opisy są zatem bardzo sugestywne.

Technicznie książka jest dobra. Język jest przystępny, w większości naturalny. Momentami tylko ma się wrażenie, że podmianki tłumaczą już po raz enty zasady i etapy przygotowań do procesu zamiany. Zrozumiałam to za pierwszym razem i kolejne rozmowy o tym trochę mnie irytowały. A może po prostu bohater był ode mnie mniej rozgarnięty i trzeba mu to było tłumaczyć?

Narracja jest prowadzona z dwóch punktów widzenia – prawdziwego Henry’ego uprowadzonego i żyjącego w lesie oraz podmianka, który żyje od teraz jego życiem wśród ludzi. Dwóch Henrych i dwa punkty widzenia. A jednak szczególnie w drugiej połowie książki mamy wrażenie, że czytamy dwa razy to samo. Niby te same wydarzenia widziane z perspektywy dwóch różnych bohaterów, ale nie różniące się zbytnio ich odbiorem, nieumotywowane odpowiednio by mogły jeszcze ciekawić.

Dla mnie dużym minusem są urwane wątki. Przyznam, że sama miałam kilka pomysłów na dalszy rozwój opowieści. Czułam, że autor prowadzi mnie ścieżką, a ja już widzę dalszą drogę. Niestety tu się rozczarowałam. Jest w tej historii niewykorzystany potencjał, wątki, które należało kontynuować do finału. I być może dałoby to spełnienie czytelnikowi. Bez tego zakończenie trochę mnie zawiodło. Liczyłam na wielkie WOW!, a dostałam swojego rodzaju happy end, który nie zachwyca, a przesłanie całego utworu trochę blednie.

To dobry debiut i świetny sam pomysł na powieść. Należałoby jednak doszlifować formę. Natomiast, według mnie, by móc wyrobić sobie jednoznaczną opinię o twórczości autora należałoby zapoznać się z późniejszymi jego tekstami.

Skradzione dziecko Keith Donohue, wyd. Otwarte, 2008.