„Niedługo wróci” – opowiadanie

Dlaczego Tadek zdjął nasz ślubny portret ze ściany? Chodzę po domu i niczego nie mogę znaleźć. W końcu znajduję wszystkie ramy ze zdjęciami w kartonie przy drzwiach wejściowych. Zastanawia mnie dlaczego je tutaj postawił, ale już po chwili przypominam sobie jak go prosiłam by wszystkie te ramki przemalował. Farba już jakiś czas temu zaczęła się z nich sypać, aż żal było patrzeć. Uśmiecham się do siebie. Sprawił mi tym przyjemność. Patrzę teraz na to zdjęcie i przypominam sobie jaki był przystojny. Do ślubu – jako wojskowy – poszedł w mundurze. Podobnie zresztą jak mój brat Antek. Obaj wyglądali zachwycająco – wyprostowani jak struny w odświętnym umundurowaniu. Było gdzieś takie zdjęcie, na którym stoją za mną i salutują, a matowa biel sukienki kontrastuje ze zdobieniami ich stroju błyszczącymi w słońcu. Bardzo je lubię.

Czytaj dalej „Niedługo wróci” – opowiadanie

Odwiedź mnie na Instagramie!

Kłucie innych nie wyleczy Cię z kompleksów!

Kolejny problem obnażania swoich słabości. Ostatnio ktoś wykorzystał przeciwko mnie wiedzę na bardzo drażliwy dla mnie temat. To coś, co ukrywam przed ludźmi, a zapytana w towarzystwie uśmiecham się i czerwienię ze zdenerwowania jednocześnie.

Jak funkcjonuje człowiek, który świadomie wbija Ci taką szpileczkę i dokręca żeby bardziej bolało?

Zdałam sobie sprawę, że taka osoba ma większe kompleksy niż ja sama! To dlatego atakuje moje czułe punkty! Wydaje jej się, że tym sposobem poprawi sobie samopoczucie.

Jestem mocno ciekawa czy poskutkowało…

Ja za to od kilku dni rozmyślam o nieprzyjemnej sytuacji i tylko coraz gorzej myślę o swoim „oprawcy”. Czy mam prawdo mieć do niego żal? Oczywiście! Czy powinnam unikać kontaktów z nim? Możliwe. Chcę zadbać o swój komfort i nie potrzebuję takiego otoczenia, więc… Wniosek nasuwa się sam.

Ślepo i mocno wierzę, że warto być dobrym. Mimo wszystko. Warto być autentycznym i życzliwym. To nie tak, że nadstawiam drugi policzek. Ja po prostu chcę sobie zaoszczędzić nieprzyjemnej dyskusji, albo wręcz kłótni. Robię to dla swojego dobra, komfortu i spokoju. Nie dlatego, że się boję, albo brak mi odwagi.

To prawda, że słowa bolą. Jednak śmiem twierdzić, że nie mogą złamać siły mojego charakteru.

Innymi słowy, jeśli wolicie prościej – nie zniżam się do tego poziomu.

Pomnażajmy dobro, bądźmy życzliwi. Wierzę, że to do nas wraca.

Prędzej czy później.

Empatyzujmy, troszczmy się o innych, ale też o siebie.

Świat potrzebuje dobrej energii, a życie już wystarczająco potrafi dopiec. 

Gotowość do okazania słabości wymaga wielkiej siły

Żyjemy w świecie paradoksów, pozorów i złudnych wrażeń. Czy to nie zastanawiające, że tylko człowiek potrafi tak dobrze udawać kogoś kim nie jest? Cała natura wydaje się pogodzona ze sobą, ze stanem faktycznym.

Tylko co do ludzi można mieć wątpliwości. Czy zawsze to co pokazują jest prawdziwe? W końcu ile razy słyszało się o komiku zmagającym się z depresją, modelce z kompleksami, albo nieszczęśliwym milionerze. Nikt by ich nigdy nie podejrzewał o takie problemy.

A jednak.

Jak to jest, że w ferworze rozwoju krajów i społeczeństw daliśmy się namówić do odgrywania ról? Jasne, że chcielibyśmy zbudować sobie tu na ziemi raj, ale czy na pewno tędy prowadzi droga?

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że dziś gotujemy tu sobie raczej piekło.

Nigdy nie używaj metafory, porównania lub innego określenia, które często widujesz w druku – George Orwell

Jeśli coś jest wyświechtanym frazesem lub tandetnym obrazkiem, to pod żadnym pozorem się nim nie posługujmy, radzi pisarz. A jednak daliśmy sobie wmówić, że istnieje skończona liczba życiowych scenariuszy, a każdy z nich da się wpisać w szablon. Świat widzimy schematami i wciąż pełno w nas wytartych motywów. Jakim cudem zużyte słowa i wzorce zyskują na sile zamiast słabnąć w przekazie?

Uważamy, że mając pieniądze musimy wyglądać na szczęśliwych, a małżeństwa bez dzieci są nieszczęśliwe. Oceniamy po pozorach i istnieją tylko dwa wyjścia – zazdrościmy lub współczujemy.

Zdarzają się oczywiście jednostki buntujące się przeciwko tym społecznym konwenansom i singielki obnoszą się swoją beztroską i życiem bez męża, za to pełnym zawodowych sukcesów.

Nadal jednak poruszamy się między dwoma punktami. Nadal skupiamy się na czarnym i białym, a szarości nie dostrzegamy.  Wszystko musi budzić wielkie emocje, reszta jest poza naszym polem widzenia. Dlaczego nie istnieje w ogólnym obiegu obraz feministki – żony i matki? Dlaczego widzimy tylko krzyczącą zgraję bab ze sztandarami, albo stłamszoną kurę domową przy garach? Gdzie podziała się cała skala przypadków nieskrajnych?

Dlaczego tak trudno przyznać się do problemów, słabości czy odmiennych poglądów?

Jak to jest, że powodem do wstydu stało się zwyczajne życie bez fajerwerków?

Czy w dobie wyretuszowanych zdjęć i instagramowych pozorów naprawdę trzeba sobie dorobić trochę szczęścia i poudawać przed innymi?

Życie między idealnymi sąsiadami i znajomymi może być trudne i frustrujące. Oczywiście pod warunkiem, że uwierzy się temu obrazkowi i swojemu zazdrosnemu ego.

W efekcie wszyscy czujemy się gorzej. Jesteśmy psychicznie osłabieni wszechobecnym „życiem beztroskim i na bogato”, które prowadzą inni.

Ale nie my.

My zamknięci w czterech ścianach, leżąc w łóżku czytamy o imprezujących, pełnych energii wiecznie młodych ludziach, którym kasa spada z nieba, a wakacje same się organizują.

Trudno nie ulec pokusie by choć na zewnątrz upodobnić się do tych „ludzi sukcesu”. Dla własnego dobra lepiej jednak odstawić wirtualny świat, a na realny patrzeć trzeźwym wzrokiem.

Rozmawianie o problemach również może pomóc w ich przeżywaniu. Zdaje się, że okazywanie słabości i konfrontowanie się „prawdziwą twarzą” ze światem wymaga siły, ale nie osłabia. Przeciwnie – wspiera nasze zdrowie psychiczne i z pewnością zjedna nam ludzi.

W końcu, kto lubi słuchać przechwałek i patrzeć na twarze bez skazy?

Niezbędna fanaberia – jestem dla siebie wyrozumiała

Nie lubię się tłumaczyć ze swoich dziwactw. Głównie dlatego, że zazwyczaj sama sobie nie zdaję z nich sprawy. Pech chce, że mam ich sporo. A może dokładnie tyle co inni? Nie wiem.

Od siedemnastu lat tłumaczę rodzinie i znajomym, że jestem wegetarianką. A właściwie pescowegetarianką. Kiedy jestem sama jest to dla mnie sprawa tak oczywista, że nawet o niej nie myślę. W przeciwieństwie do niektórych nie miewam ochoty na schabowego albo kawałek szyneczki. Nie kupuję produktów, które mięso udają – sojowych kiełbasek, wędlin. Nie lubię ich. I nie lubię mięsa. Nie, nie jestem nawiedzoną wege–dziwaczką, za którą mnie być może biorą. Po prostu nie lubię jeść mięsa. Dokładnie tak jak inni nie lubią jajek, krewetek czy bakłażana.

Dużo tłumaczenia, nie? Zazwyczaj starcza na dość długą dyskusję. I nie kończy się na jednym razie.

Ale idźmy dalej.

Jestem introwertykiem. Lubię przebywać w swoim własnym towarzystwie (zazwyczaj) i samotność nie jest dla mnie problemem (też zazwyczaj). Życie wśród ludzi zmusza mnie jednak do kompromisów i czasem nie mam na samotność warunków. Wspólny wyjazd albo odwiedziny u rodziny wyprowadzają mnie z równowagi. W ekstremalnych wypadkach natłok informacji i zainteresowanie moją osobą kończy się bardzo złym samopoczuciem, a czasem płaczem. Zapewne trudno to pojąć. Albo to, że lubię posiedzieć w domu. Czasem cały dzień, a czasem tydzień. Brak towarzystwa doskwiera mi rzadko, a nadmiar grozi wewnętrzną erupcją. I nie jest tak, że jestem odrzutkiem, pustelnikiem czy snobem. Lubię ludzi, nie lubię za to skupiać na sobie za dużo uwagi. To wszystko.

Niby nic, a potrafi namieszać.

To tylko niektóre z moich niezbędnych fanaberii bo takim ładnym określeniem bym je nazwała. Oczywiście, że są wymysłem odstającym od średniej, od przeciętnego człowieka. Ale czy taki w ogóle istnieje? Gdzie ten szary Kowalski, któremu nic nie przeszkadza, lubi wszystko i nie ma potrzeb? Bo ja zawsze tak go sobie wyobrażałam.

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że pewnie nie istnieje. A jeśli jednak gdzieś jest, to musi być strasznie nieszczęśliwy. Czy to normalne by być tak zwyczajnym? Czy to nie zachowywanie pozorów? Może Kowalski udaje tylko, że lubi fasolkę szparagową żeby nie odstawać od reszty i nie wyjść na dziwaka? Dlaczego wstydzi się swojego zdania?

Sama walczę z poczuciem wstydu powodowanym przez inność, ale czasem mnie jeszcze dopada. Głupio mi iść na pizzę ze znajomymi bo będę musiała „grymasić” i prosić o wegetariańską. „Nikt nie lubi z tobą zamawiać pizzy. Psujesz zabawę.” – odzywa się mój wewnętrzny krytyk. Staram się go słuchać coraz rzadziej, a moja riposta brzmi „Są tacy, którym to nie przeszkadza. I tylko z nimi chcę być!” 

Tym, którzy są głusi na moje potrzeby mówię „pa”.

Bez sentymentów.

Szanuję siebie.

Jestem równie ważna co inni.

A to są moje niezbędne fanaberie. Bez nich nie byłabym już sobą.

„Dobre wrażenie i rozwój się wykluczają”– przejrzyj na oczy

Co więcej dobre wrażenie to rzecz bardzo subiektywna.

Każdy z nas ma potrzebę bycia akceptowanym i lubianym. Nie ma siły żeby tę potrzebę przeskoczyć. Bywa nawet, że staramy się koniecznie komuś zaimponować by nas polubił. Z rozgoryczeniem przyjmujemy informację, że ktoś inny za nami nie przepada. No bo jak to? Ja się tak staram, jak może mnie nie lubić?

Podobnie sytuacja się ma kiedy kreujemy swój wizerunek, czy to zawodowy czy prywatny, staramy się sprawiać ogólnie dobre wrażenie. Otaczamy się pięknymi przedmiotami, dbamy o mieszkanie i kupujemy pachnące nowością auta. Wszystko po to, by sprostać pewnym wymogom, żyć na poziomie i przyciągać do siebie ciekawych ludzi.

Jako nastolatka marzyłam by zostać bizneswoman albo prawniczką i biegać od spotkania do spotkania w garsonce i na wysokich obcasach. Długo widziałam w wyobraźni taką wersję dorosłej siebie. Była dla mnie oznaką poziomu, statusu społecznego. Zdawało mi się, że będę z siebie w takiej formie zadowolona, bo przecież od razu widać, że odniosłam sukces. Wszystko o tym świadczyło – praca, ubranie, priorytety, zapewne też mieszkanie i samochód. To był dla mnie synonim szczęścia.

Nie wiem kiedy zdałam sobie sprawę, że tej mnie nigdy nie będzie. Nie ma prawa być. Bo ani nie nadaję się specjalnie do biznesu, ani nie poszłam na studia prawnicze. Więc jak niby miałoby do tego dojść?

Po studiach rozpoczęłam pracę w biurze, która wydawała się być odpowiednim kompromisem. Tak, kompromisem. To słowo już wtedy powinno mnie zaniepokoić. Dość szybko okazało się, że taka praca jest czymś innym niż sobie wyobrażałam. Byłam sfrustrowana, niedoceniona, miałam ręce pełne roboty i mocno mgliste szanse na rozwój czy podwyżkę.

Na chwilę pogodziłam się z przekonaniem, że każda praca ma swoje wady i tak już po prostu musi być. Praca biurowa to w końcu coś, o co dzisiejsze społeczeństwo dałoby się pokroić. W większości. Zatem plusem mojej sytuacji był status, który jak mi się zdawało taka praca zapewniała.

Trwałam w tym błogim niezadowoleniu do czasu, kiedy usłyszałam z ust niedawno poznanej osoby kłujące słowa „w pracy to ty się przecież opieprzasz i tylko kawki pijesz”. Zabolało. Głównie dlatego, że nie było w tym ani ziarnka prawdy. Nie odpowiedziałam.

Jakiś czas później uznałam, że taka uwaga była mi chyba nawet potrzebna. Zdałam sobie sprawę, że wcale mi na opinii tej osoby nie zależy. To zupełnie nieważne co myślą ludzie, którzy mnie nie znają. W takim razie komu ja chcę zaimponować? Czemu tkwię w miejscu, które nie daje mi absolutnie nic poza frustracją? Bo zdawało mi się, że dobrze to wygląda z zewnątrz? Czy nie czas pójść drogą, która mnie uszczęśliwi?

Tak, im szybciej tym lepiej.

Prawda jest taka, że nie ważne czy jesteś urzędnikiem, lekarzem, listonoszem czy budowlańcem i tak znajdzie się ktoś, kto oceni cię pochopnie, nietrafnie i przy tym skrzywdzi złym słowem. Skoro nie dogodzisz wszystkim, zacznij bez względu na pozory dbać o siebie. Co komu do tego, że twój pomysł na życie jest nietypowy? Zrealizuj go i bądź zadowolony z siebie. Próba zadowolenia innych zawsze kończy się fatalnie.

Rozwijaj się zamiast tworzyć pozory.

Żyj, zamiast sprawiać wrażenie, że żyjesz.

Efekty przyjdą niebawem i przerosną twoje oczekiwania.

„Swing Time” Zadie Smith – recenzja

Swing Time to moje pierwsze spotkanie z twórczością Zadie Smith, ale już wiem, że na pewno nie ostatnie. Autorka posiada niezwykły dar – z wyjątkową wrażliwością i delikatnością porusza istotne aktualne problemy. To przykład literatury zaangażowanej, która wciąga czytelnika bez reszty, budzi refleksje i uczucia głęboko w nas ukryte.

Bezimienna główna bohaterka dorastając rozwija trudne relacje z rodzicami i przyjaciółką Tracey, które naznaczą całe jej dorosłe życie. Jest niezwykle szczera i prawdziwa. Autorce udało się bezbłędnie uchwycić emocje i uczucia towarzyszące przyjaźni między kobietami, w tym również te złe – zazdrość i zawiść. Główna bohaterka, podobnie jak Tracey, jako dziecko pragnie zostać zawodową tancerką. Jednak w porównaniu z utalentowaną przyjaciółką okazuje się zupełnie przeciętna i szybko zdaje sobie z tego sprawę. To dotyczy nie tylko tej relacji. Nasza bohaterka nie charakteryzuje się niczym wybitnym, co kontrastuje mocno z wyrazistymi i silnymi kobiecymi postaciami, które ją otaczają w tym choćby matką – działaczką polityczną i szefową Aimee – supergwiazdą pop. Jest osobą niezdecydowaną i bez inicjatywy. Pozwala by jej życiem rządził przypadek, a cudze decyzje i zachcianki rzucają ją w różne zakątki świata. Podczas gdy wszystkie ważne postaci powieści przechodzą przemianę i pokonują długą drogę do sukcesu lub upadku, ona zdaje się tkwić zawieszona w swoim bezbarwnym życiu. Definiuje ją wyłącznie praca asystentki gwiazdy, która wypełnia cały jej czas.

Swing Time Zadie Smith to wielowątkowa powieść pulsująca muzyką i tańcem. Pełna emocji i pasji opowiada o dorastaniu i powrocie do korzeni. Porusza ważne tematy różnic i podziałów, szans i zaniedbań, a także niezaprzeczalnego wpływu przeszłości na teraźniejszość. To również doskonale odmalowane tło społeczno-obyczajowe. Fabuła nie jest jedynie pretekstem do przekazania głównych idei. Przesłanie jest niewymuszone, nie narzuca się, a akcja wciąga bez reszty.

Powieść charakteryzuje się nieregularnym rytmem niczym tytułowy swing. Wydarzenia nie są przedstawione chronologicznie lecz w końcu układają się w jedną spójną całość. Akcja balansuje, zakręca. Pozorny chaos tworzą dobrze przemyślane kroki, jak w tańcu. Jest złożona przez co może sprawiać wrażenie „ciężkiej”, ale w rzeczywistości czyta się bardzo dobrze. Język jest barwny i żywy podobnie jak dialogi. 

Będę chętnie polecać Swing Time każdemu kto szuka czegoś wyjątkowego, czegoś co wymyka się wszelkim ramom. To historia, która zostanie w pamięci na długo i zainspiruje do rozmyślań. Z przyjemnością sięgnę po przyszłe książki autorki i wkrótce także pochłonę Białe Zęby, które już zagościły na mojej półce.

Swing Time Zadie Smith, wyd. Znak, 2017.

„Skradzione dziecko” Keith Donohue – recenzja

Zawsze chętnie sięgam po baśnie dla dorosłych. Wplecione w fabułę elementy fantastyczne zawsze przenoszą historię na wyższy, metafizyczny poziom. Autor dysponuje nieograniczonymi środkami i przekazuje główną ideę zapakowaną w niepowtarzalne pudełko. Czytelnik z kolei daje się ponieść, godzi się na wszystko, docenia każdy zabieg autora zamiast zastanawiać się czy to w ogóle prawdopodobne? O matko, trochę to przesadzone… Obie strony – czytelnik i autor – uwolnione od oczekiwań i kagańca realizmu dają się prowadzić fantazji. Jak tego nie lubić?

Skradzione dziecko to debiut autorstwa Keitha Donohue. To opowieść o poszukiwaniu tożsamości, sensu i straconych marzeń. Wiele jest w życiu momentów zawahania, a podjęte decyzje często mają wpływ na przyszłość. Jako dorośli nie zdajemy sobie sprawy z ogromu wspomnień, które choć uległy zatarciu nadal kryją się w zakamarkach naszego umysłu. Czy da się o nich przypomnieć? Zachować wiarę w marzenia? Czy jedna nieopatrznie podjęta decyzja naprawdę zaważy na całym życiu?

Książka stawia ważne pytania. Pomysł jest bardzo ciekawy – leśne duszki wykradają dziecko i zastępują je podmiankiem. Od tej pory skradzione dziecko żyje w lesie wraz z plemieniem nigdy się nie starzejąc, a podmianek prowadzi jego – skradzione – życie. Rozwija się, dorasta, podejmuje decyzje, buduje relacje. Każdy z nich skrywa tajemnicę i chyba żaden nie jest szczęśliwy.

Przyznam, że życie leśnych duszków należy raczej do monotonnych. Nudziły mnie nieco fragmenty o ich codzienności, o zmieniających się porach roku, o walce o przetrwanie. Miałam wrażenie, że przebywając w lesie są więźniami chłodu i dzikiej natury. Może dlatego, że powieść czytałam zimą czułam jakbym wraz z duszkami oddychała zimnym i wilgotnym leśnym powietrzem i stale czujna zakopywała się pod stosem koców by przetrwać do wiosny. Opisy są zatem bardzo sugestywne.

Technicznie książka jest dobra. Język jest przystępny, w większości naturalny. Momentami tylko ma się wrażenie, że podmianki tłumaczą już po raz enty zasady i etapy przygotowań do procesu zamiany. Zrozumiałam to za pierwszym razem i kolejne rozmowy o tym trochę mnie irytowały. A może po prostu bohater był ode mnie mniej rozgarnięty i trzeba mu to było tłumaczyć?

Narracja jest prowadzona z dwóch punktów widzenia – prawdziwego Henry’ego uprowadzonego i żyjącego w lesie oraz podmianka, który żyje od teraz jego życiem wśród ludzi. Dwóch Henrych i dwa punkty widzenia. A jednak szczególnie w drugiej połowie książki mamy wrażenie, że czytamy dwa razy to samo. Niby te same wydarzenia widziane z perspektywy dwóch różnych bohaterów, ale nie różniące się zbytnio ich odbiorem, nieumotywowane odpowiednio by mogły jeszcze ciekawić.

Dla mnie dużym minusem są urwane wątki. Przyznam, że sama miałam kilka pomysłów na dalszy rozwój opowieści. Czułam, że autor prowadzi mnie ścieżką, a ja już widzę dalszą drogę. Niestety tu się rozczarowałam. Jest w tej historii niewykorzystany potencjał, wątki, które należało kontynuować do finału. I być może dałoby to spełnienie czytelnikowi. Bez tego zakończenie trochę mnie zawiodło. Liczyłam na wielkie WOW!, a dostałam swojego rodzaju happy end, który nie zachwyca, a przesłanie całego utworu trochę blednie.

To dobry debiut i świetny sam pomysł na powieść. Należałoby jednak doszlifować formę. Natomiast, według mnie, by móc wyrobić sobie jednoznaczną opinię o twórczości autora należałoby zapoznać się z późniejszymi jego tekstami.

Skradzione dziecko Keith Donohue, wyd. Otwarte, 2008.

„Dzień ostatnich szans” Robyn Schneider – recenzja

Ciągnie mnie do książek, to fakt. Ostatnio szczególnie do takich, które długo kiełkowały w duszy autora. Z jednego małego ziarenka, jednej prostej sytuacji, czasem przez wiele lat. Biorę rozbieg czytając o historii powstawania dzieła, którego nawet jeszcze nie miałam w ręce. I rozkoszuję się. Imponuje mi trud włożony w powstanie książki, ciąg wydarzeń prowadzący do powstania tekstu, małe szczegóły mające wpływ na ostateczny jego kształt.

„Dzień ostatnich szans” autorstwa Robyn Schneider był właśnie jedną z takich pozycji. Książka spodobała mi się jeszcze zanim kurier przyniósł ją pod moje drzwi. Miałam nadzieję, że się nie zawiodę bo z tymi czytelniczymi zauroczeniami to też różnie bywa. Na szczęście tym razem zaskoczyło.

Książka opowiada o spotkaniu dwojga nastolatków chorych na gruźlicę, a właściwie hipergruźlicę, którą autorka wymyśliła na potrzeby powieści. Lane i Sadie przebywają w specjalnym ośrodku. Mieszkają tam i kontynuują naukę wśród innych chorych nastolatków. Są pod stałym nadzorem lekarzy i pielęgniarek i starają się nie zauważać postępującej choroby. Sadie i jej paczka mają mnóstwo szalonych pomysłów, które w tym celu realizują. Dzięki temu czują się bardziej zwyczajni, prawie zdrowi, zupełnie jakby przebywali w zwykłej szkole z internatem, a nie ośrodku, w którym się umiera. Uczucie Lane’a i Sadie rozkwita mimo wszystko. Mimo niesprzyjających warunków, wszechobecnej choroby i czarnych myśli, które czasem ciężko przegonić. Spędzają razem większość czasu, ciesząc się chwilą obecną. Kiedy choroba się zaostrza wystawia ich miłość na próbę.

To piękna historia. Smutna i radosna zarazem. Dająca nadzieję i wskazująca co naprawdę się liczy. Lane’a i Sadie czeka mnóstwo pięknych, ale i trudnych chwil. Bohaterowie są bardzo realistyczni, spójni, pełni życia, naprawdę trójwymiarowi. Mimo różnych charakterów wszyscy dają się lubić. Właściwie można się z nimi nawet zaprzyjaźnić (zapaleni czytelnicy wiedzą o czym mówię). Wierzę, że mogliby istnieć naprawdę. 

W kwestiach technicznych – język, którym posługuje się autorka jest przystępny i pełny życia, a z doświadczenia wiem, że dialogi powieściowych nastolatków wcale nie zawsze są tak udane. Na szczęście brak tu miejsca na sztuczne, zgrzytające kwestie bohaterów i sztywne, pompatyczne wyznania i przemyślenia. Wydarzenia płyną wartkim prądem, a wraz z nimi żywe dialogi bohaterów. W tej historii ze śmiertelną chorobą w tle, brak miejsca na przesadę. 

Czytanie uprzyjemniają niezwykłe zwroty akcji. Ciąg zdarzeń prowadzący do finału tej historii zdaje się w pewnym momencie rozchodzić. Bohaterowie dokonują wyborów, których konsekwencje dają o sobie znać dużo później, wtedy kiedy już wydaje się, że były nieszkodliwe. 

Książka daje radość, wzruszenie, nadzieję i pocieszenie. Przeczytałam ją jednym tchem i chętnie będę ją polecać. Bo warto znów odnaleźć nadzieję i dostrzec to co na co dzień pozostaje ukryte.

Dzień ostatnich szans Robyn Schneider, przekład: Aga Zano, wyd. Otwarte, 2018